Zwierzenia niewidzialnego człowieka

Z Piotrem Grzegorzewskim rozmawia Magdalena Kozakowska*

  • Jak wyglądała Pana droga do zostania tłumaczem?

O wszystkim zadecydował przypadek. Jestem polonistą, do tego niezrealizowanym literatem. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych moja siostra – wówczas studentka anglistyki – poprosiła mnie o zredagowanie próbki tłumaczenia, którą przygotowywała dla jednego z wydawnictw. Próbka została przyjęta, przetłumaczyliśmy razem kilka książek, a potem zacząłem tłumaczyć na własną rękę. Z siostrą zdarza mi się współpracować do dzisiaj.

  • Dlaczego zdecydował się Pan nim zostać?

Był to dla mnie sposób na zaspokojenie literackich ambicji i na dostanie się tylnymi drzwiami do świata literatury ;-). A poważniej mówiąc, zawsze byłem molem książkowym, tyle że czytałem przede wszystkim literaturę obcą (głównie amerykańską i angielską), polska nigdy mnie za bardzo nie pociągała. W liceum zaczytywałem się w „Literaturze na Świecie”. W owych czasach (przy końcu lat osiemdziesiątych) w tym piśmie pracowały takie tuzy jak Anna Kołyszko, Leszek Engelking, Jerzy Jarniewicz czy Józef Waczków, a swoje przekłady publikowali Michał Kłobukowski, Tomasz Mirkowicz czy Andrzej Sosnowski – niekwestionowana tłumaczeniowa ekstraklasa. To chyba wtedy połknąłem przekładowego bakcyla, choć jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy, wciąż pochłonięty własnymi próbami literackimi.

  • Czy tłumaczenia to tylko nudna i monotonna praca polegająca na siedzeniu przed komputerem?

Postronnemu obserwatorowi może się tak wydawać. I czasami rzeczywiście tak jest, gdy tłumacz dla chleba decyduje się na przetłumaczenie książki, która mu nie leży. Bywa jednak i tak (rzadko, bo rzadko, ale jednak), że jest to pasjonująca intelektualna przygoda i niezwykle emocjonujące przeżycie.

  • Czy da się żyć tylko i wyłącznie z tłumaczeń literackich, czy warto jednak znaleźć sobie jakieś dodatkowe zajęcie?

To zależy od tego, jaki ma się apetyt ;-). Wielu znanych mi tłumaczy łączy to zajęcie z inną pracą (przynajmniej na pół etatu). Wynika to nie tylko z relatywnie niskich stawek, ale również z niepewności jutra, która wiąże się nierozerwalnie z uprawianiem tak zwanego wolnego zawodu. W lipcu tego roku minie dwadzieścia lat od podpisania przeze mnie pierwszej umowy na przekład. Przez pierwsze dziesięć lat próbowałem pogodzić tłumaczenie książek z zawodem nauczyciela. Jednak na dłuższą metę okazało się to zadaniem niewykonalnym, zawsze cierpiały albo książki, albo moi biedni uczniowie ;-). Od 2007 roku zajmuję się wyłącznie tłumaczeniami – przede wszystkim książek, chociaż czasami również filmów. Jestem więc dowodem na to, że się da.

  • Ile przeciętnie zarabia tłumacz literacki? Jakie są stawki?

Zarobki w tej branży zależą od bardzo wielu czynników: zamożności i polityki wydawnictwa, doświadczenia i prestiżu tłumacza, wreszcie od jego umiejętności negocjacyjnych. Z wyników ankiety przeprowadzonej przez Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury wynika, że doświadczony tłumacz literacki, który ma zapewnioną ciągłość zleceń, może liczyć na zarobki przekraczające średnią krajową. Stawki są bardzo różne. Podobno istnieją wydawnictwa, które proponują 400 zł brutto za arkusz autorski (czyli 40 tysięcy znaków ze spacjami lub 22 strony znormalizowanego maszynopisu), co zakrawa na ponury żart, bo daje „zawrotną” kwotę 18 zł brutto za stronę. Renomowany tłumacz literacki, współpracujący ze znanymi wydawnictwami, może liczyć na stawki rzędu 600-750 zł brutto za a.a. Nieliczne tłumaczeniowe gwiazdy otrzymują więcej.

  • Jak wygląda Pana typowy dzień pracy? Pracuje Pan w wymiarze 8h dziennie?

To zależy. Zwykle pracuję w dwóch dłuższych blokach regulowanych rytmem życia mojej rodziny. Pierwszy blok rozpoczyna się około dziewiątej, dziesiątej rano, czyli po spacerze z psem, wyprawieniu dzieci do szkoły, zakupach, zjedzeniu śniadania i porannym przeglądzie „internetów”, a kończy mniej więcej o czternastej, gdy znów wychodzę z psem, a potem biorę się za przygotowanie obiadu. Drugi blok na ogół zaczyna się o siedemnastej, a kończy o dwudziestej, czyli w porze wieczornego spaceru z psem. Czasami jednak padam ofiarą prokrastynacji (zwłaszcza gdy książka, którą mam tłumaczyć, niespecjalnie mnie przekonuje). Wtedy do ostatniej chwili zwlekam z rozpoczęciem pracy, a potem ślęczę nad tekstem po dwanaście godzin dziennie. Na szczęście mam wyrozumiałą żonę.

  • Czy do pracy jako tłumacz literacki potrzebne są konkretne predyspozycje? Wyodrębni Pan jakieś?

Słuch językowy, talent literacki i niezbyt wybujałe ego ;-). Natomiast rzeczą drugorzędną wydaje mi się perfekcyjna znajomość języka, z którego się tłumaczy. Znakomity nieżyjący już tłumacz Zbigniew Batko powiedział w jednym z wywiadów, że obecnie, w dobie internetu i praktycznie nieograniczonego dostępu do słowników, mógłby tłumaczyć nawet z chińskiego. Oczywiście żartował, ale coś w tym jest. Do tego, by zostać tłumaczem literackim, nie jest potrzebne ukończenie filologii obcej. Chociaż oczywiście nie zaszkodzi.

  • Czy korzysta pan z programów komputerowych pomagających w tłumaczeniu, takich jak np. Wordfast, Trados?

Nie, te narzędzia ułatwiają pracę tłumaczom technicznym, w przypadku literatury nie mają zastosowania.

  • Jak daleko można się posunąć w tłumaczeniu? Czy tłumacz ma wolną rękę, by zmienić treść w przypadku na przykład pewnych nieścisłości logicznych w tekście?

Staram się za bardzo nie ingerować w treść książki. Autor ma prawo do błędów. Niestety, w literaturze popularnej (zwłaszcza tej amerykańskiej) często kuleje redakcja. Jeśli na stronie osiemnastej bohaterka ma zielone oczy, a na dwieście dwudziestej trzeciej jakimś cudem zmieniają się one w niebieskie (i wcale nie za sprawą szkieł kontaktowych), zostawiam tak, jak chciał autor, ale na marginesie robię dopisek dla redaktorki/redaktora: „prawdopodobnie pomyłka autora, patrz s. 18”. Teoretycznie pozostawiam wydawnictwu decyzję, co z tym fantem zrobić. W praktyce jeszcze się nie zdarzyło, żeby wydawnictwo taką pomyłkę zostawiło.

  • Niektórzy twierdzą, że tłumaczenie to praca twórcza a nie tylko odtwórcza. To pisanie książki na nowo. Z drugiej jednak strony to autor jest chwalony za styl i język a nie tłumacz. Co Pan o tym sądzi? Czy nazwiska tłumaczy powinny widnieć obok nazwisk pisarzy na okładkach książek?

To, że tłumaczenie literackie jest pracą twórczą a nie odtwórczą, nie jest kwestią przekonania, ale przepisów (konkretnie prawa autorskiego). A że mało kto ma tego świadomość? Cóż, tak to już jest, że tłumacze są bohaterami drugiego planu. Jeśli przekład czyta się dobrze, czytelnicy chwalą styl autora, zapominając, że nie pisze on po polsku. Tłumacza dostrzegają najczęściej wtedy, gdy w tłumaczeniu coś zgrzyta. Nie wiem, czy jego nazwisko powinno pojawiać się na okładkach książek obok nazwiska autora. Na pewno jednak nie może być tak, że nie ma go w metryczce reklamowanej lub recenzowanej książki. A już zupełnie niedopuszczalne jest zamieszczanie fragmentów książki bez podania autora jej tłumaczenia. To wręcz łamanie prawa.

  • Czy tłumacz może być charakterystyczny, mieć swój styl odróżniający go od innych tłumaczy? Czy raczej powinien być „niewidzialny”?

Oczywiście, że powinien być niewidzialny. Czy jednak do końca jest? Obawiam się, że całkowita niewidzialność tłumacza to mit. Każdy z nas ma pewne przyzwyczajenia językowe. Ważne, aby starać się je powściągnąć. Pomoże w tym dobry redaktor.

  • W przypadku gdy spotyka się Pan z jakimś elementem tekstu (jakąś frazą, zdaniem, idiomem), który jest wyjątkowo trudny do przetłumaczenia i zrozumienia i nie wie Pan jak go „ugryźć” i odzwierciedlić w polskich realiach – jak sobie Pan z tym radzi? Pomija ten element czy kontaktuje się Pan z autorem?

Przez dwadzieścia lat pracy bodajże raz, w początkach kariery, w zamierzchłej epoce, gdy po naszej planecie hasały dinozaury i nie istniała „Wikipedia”, skontaktowałem się z autorem. Otrzymałem odpowiedź, że właściwie to sam nie wie, co miał na myśli, pisząc to, co napisał ;-). Od tej pory z większością tłumaczeniowych zagwozdek rozprawiam się samodzielnie. Czasami pytam o zdanie żonę, siostrę lub kolegów tłumaczy.

  • Pana tłumaczenia są wyjątkowo naturalne. Czytałam ich kilka i jestem pod ogromnym wrażeniem właśnie ze względu na tę naturalność narracji i wypowiedzi bohaterów. Czy to jest główna strategia, którą Pan przyjmuje podczas tłumaczenia? Tłumaczyć tak jak mówią ludzie dookoła?

Trudno mówić o jednej strategii tłumaczeniowej. Właściwie było ich tyle, ile książek, które przetłumaczyłem. Mam w swoim dorobku, liczącym w tej chwili ponad siedemdziesiąt pozycji, bardzo zróżnicowane książki: reportaże, biografie, eseje, kryminały, horrory, romanse, powieści obyczajowe… Wiadomo, że inaczej tłumaczy się literaturę popularnonaukową, a inaczej na przykład książki z gatunku young adult. W tym pierwszym wypadku nie ma mowy o kolokwializmach. Z kolei nastoletni bohaterowie powieści Colleen Hoover nie powinni mówić literacką polszczyzną, bo będzie ona w ich ustach brzmiała nienaturalnie. Wszystko więc zależy od „materiału wyjściowego”. Przyznaję jednak, że najlepiej czuję się w narracjach pierwszoosobowych, które można oddać stylem potocznym. Język jest żywym tworem, a nie skostniałą strukturą zamkniętą w słownikach poprawnościowych. Priorytetem jest dla mnie, aby przekład dobrze się czytało, aby miał odpowiedni flow. Potoczna polszczyzna pomaga osiągnąć ten efekt.

*Magdalena Kozakowska jest studentką ostatniego roku filologii angielskiej o specjalności tłumaczeniowej Uniwersytetu Zielonogórskiego.